Higill
#1
[Obrazek: VfwBWL4.jpg]
Nazywam się Higill, jestem synem rzemieślnika-myśliwego oraz poniekąd łuczarza, wychowywałem się w dzielnicy rzemieślniczej, to chyba zrozumiałe, iż żyło tu dość sporo mistrzów danego cechu, kowalstwa, alchemii czy zakłady krawieckie. W tym nasz warsztat, którego ojciec był drugim właścicielem, zaraz po dziadku, który rozpoczął pokolenie myśliwych w naszej rodzinie. Mój ojciec zawsze, chciałbym był taki jak on, wzór do naśladowania. Szanowany mistrz i wyśmienity łowca, lecz nie było to możliwe, gdyż jego obowiązki nie pozwalały na spędzanie czasu z synami, tak miałem dwóch braci, ale to nie istotne byli oni kompletnie inni niż ja. Od czasu do czasu stary wpadał do domu, by następnie ruszyć w dalszą podróż po zakątkach Khoriniss, nie miałem rodziców. Moja matka pracowała całe dnie w górnym mieście jako służka. Prała, gotowała, sprzątała za jakieś marne pieniądze. Nawet tam nie płacili za dużo, chociaż matka pracowała całe dnie i wracała po nocy, by przygotować się do snu i ponownie wrócić na cały dzień do górnego miasta. Jako iż moi rodzice nigdy nie byli w domu, musiałem się nim zajmować z braćmi. Oni wykonywali polecenia, lecz ja bawiłem się w najlepsze. Zakumplowałem się z paroma dzieciakami z portu, oni to byli skurczybyki. Raz kazali, mi popatrzeć jak okradają starą Fenie, handlarkę w porcie niedaleko karczmy, głównie sprzedawała jedzenie, gdy tylko nie patrzyła; wychylali się zza rogu i brali do łapy kilkanaście jabłek i spierniczali gdzie mak zasiał. Podobało mi się to w końcu z biegiem czasu, gdy stawaliśmy się; starsi zaczęliśmy popełniać większe wybryki, czasami ktoś dostał w nos albo coś wypadło mu z sakiewki. Były dwie dzielnice w porcie, wschodnia i zachodnia, ja należałem do tej zachodniej. Trochę to śmieszne, lecz robiliśmy "walki dzielnic", umawialiśmy się o danej porze w dane miejsce i po prostu napieprzaliśmy się, dopóki ostatnia osoba nie padnie na glebę, taaa... Zawsze spuszczali nam łomot, lecz to się zmieniło, gdy dorośliśmy. Jako iż jeden z naszych miał ojca handlarza, ten czasami zabierał mu po jednej lub dwóch sztuk oręża. Dostawili go tylko ci najsilniejsi i najlepsi, a zachodnia grupa? dalej korzystała z jakichś patyków czy pałek... Pamiętam jak nasz człowiek,,przez przypadek'' zasiekał jednego od nich, ale była afera. Nie dość, że straż miała dowody że to na pewno on to w dodatku paru z nich postanowiło obić buźki naszym, jak to się skończyło? kilku z nich zostało wtrąconych do lochów na kilka dni by odsiedzieć swoje. Gość, który to zrobił, dawno nie żyje. Wylądował na stryczku, nawet nie chcieli go wysłać do kolonii po prostu go zabili, po tych rzeczach postanowiłem się ogarnąć, odciąć się od grupy, lecz bez skutków, szantażowali mnie, że zabiją moją rodzinę i mnie a wiedziałem, że są do tego zdolni. Tak więc zostałem z nimi do końca, prawie.
[Obrazek: bFz1Ujp.jpg]
Dzień zapowiadał się nieciekawie, od razu, gdy wyszedłem; z domu podbiegł do mnie jeden z naszych i powiedział, że nasz szef chce, został wyzwany, na pojedynek. Zaśmiałem się, lecz ten popatrzył na mnie poważną miną i dodał - #Więc na co czekasz? Przygotuj się. Przystań po zmroku# i odbiegł w dal. Nie wiedziałem co powiedzieć, nasz wódz zrzekł się panowania i wkopał akurat mnie na jego miejsce, dzisiaj, gdy miał walczyć ze „Skałą” gdyż tak mówiono na szefa tamtych ze wschodu, wielki czarnoskóry mężczyzna o ile się nie mylę; był o kilka lat starszy ode mnie. Powiem, że trochę się przeraziłem co prawda umiem walczyć, ojciec jak tylko miał czas starał się i w tym nauczyć mnie tego i owego, a ja sam lubię trzymać broń pomiędzy mymi łapskami czuję się trochę bezpieczniej i wyglądam na groźniejszego. Nastała pora. Gdy przybyłem, dostrzegłem wielkiego czarnucha i jego parobka palącego zielsko, a obok niego informatora. Popatrzył się na mnie z pogardą i przywitał się, cholera typ ma kulturę. Ja również podałem mu dłoń, ten skurwiel ścisnął z całą siłą, udawałem nie wzruszonego, lecz moja ręka piekła jakbym włożył ją do paleniska, odszedł kilka kroków do tyłu i wyciągnął broń, to była broń pozłacany napis wyryty na ostrzu, prezentował się na prawdę solidnie. Bez wahania i ja dobyłem ostrza i tak rozpoczął się pojedynek. Sam niewiele z niego pamiętam, gdyż tak bardzo skupiłem się na walce z nim, że zapomniałem, że obok jest jego pupilek i przez przypadek wpieprzyłem się w niego, gdy robiłem odskok. Ten wkurwiony odszedł na bok, podniósł skręta i dalej jarał. Wyprowadziłem kilka ciosów, kontratak. Typ co prawda nie był wyśmienity w te klocki, lecz znał kilka zabójczych ciosów, o mały włos sam bym się o tym przekonał. Wiem tylko tyle że złapał mnie za frak i uderzył mnie pięścią, o stary... Jakby mnie troll walnął, nie wiem jak ale wygrałem to. Padł na ziemię z przebitą krtanią. Musiałem jakoś szczęściem, bo widać ewidentnie, że miał nade mną przewagę po tym, gdy dostałem w buźkę. Po chwili jego koleżka palący zielsko zamknął oczy i dodał #No... Skała nieźle go rozjebałeś# A po chwili otwarł powieki i popatrzył na ciało... Jego szefa, czerwony na gębie chwiejnym krokiem podszedł do mnie i złapał za miecz, byłem wyczerpany i ostatkiem siły zacząłem spierdalać. Typ nie nadążał, widziałem; jak się wypieprzył, bo był tak zjarany. Po tym wszystkim uciekłem do domu i zamknąłem się na zamek w swym pokoju... Następnego dnia wszystko już było jasne, nowy młodzik objął pozycję wodza gangu i pokonał przeciwnego szefa, byłem gwiazdą w porcie, każdy mnie szanował i starał się nie wchodzić w drogę, nie wiem dlaczego. Przecież ja tylko pokonałem jakiegoś przerośniętego czarnucha... Spodobało mi się to, że czują przede mną respekt, co prawda nie wykorzystywałem tego za bardzo. Ale to naprawdę miłe uczucie.
[Obrazek: ek8lKN3.jpg]
Jak już wspominałem, ojciec jak tylko miał czas spędzał go ze mną, moi bracia byli o wiele starsi i znali ;się już co nieco na myślistwie więc ojciec już nie pomagał im, kazał im szlifować swoje umiejętności. Mnie musiał uczyć wszystkiego od początku, było to przed tym, jak pokonałem skałę, jakoś dwa lata. Gdy wrócił; z polowania zabrał mnie do lasu, wziął łuk, kołczan i zardzewiałą klingę, dał mi wyposażenie. Bardziej skupiał się na łuku, miecz to był tylko dodatek. Zrobił mi specjalną tarczę z klocka drewna, pokazał, jak trzyma się łuk i jak naciągać cięciwę, pokazał jak stać i mierzyć. Byłem w tym dobry, nawet sam to widziałem. Kilka miesięcy potem ruszyliśmy na prawdziwe polowanie, mym zadaniem było upolowanie prawdziwego wilka... Gdy wkroczyliśmy; do lasu poczułem czyjąś obecność. Albo zdaje mi się, byłem taki podekscytowany, że niewiele zapamiętałem z tego dnia. Po kilku godzinach szukania zdobyczy ojciec upatrzył idealnego wilka, młody bez stada, najprawdopodobniej odrzucony przez watahę lub po prostu zabłądził. Przygotowałem już łuk i miałem wystrzelić, gdy pojawiło się obok niego około czworga innych wilków. Jednak się nie zgubił; a po prostu na chwile oddzielił. Ojciec popatrzył na mnie, następnie w niebo i powiedział zawiedziony #Ech... No cóż, następnym razem ci się uda, teraz wracajmy, ściemnia się#. Sam się zasmuciłem, od tej pory oddzieliłem się trochę od gangu i moim priorytetem było upolowanie wilka. Jako że nikt nie mógł, mi w tym pomóc spytałem; się łowcy, który przebywał w karczmie, ruszyliśmy razem. I w skrócie, udało mi się. Wypatrzyliśmy starego, lecz sprawnego osobnika. Dostał jedną strzałę ode mnie, zaraz po tym, gdy podbiegł; do mnie złapałem; za ostrzę i przebiłem jego krtań. Miecz należał do łowcy i był dość solidnym orężem, więc wilk nie przetrwał cięcia, trochę się przeraziłem gdy biegł na mnie stwór, lecz myśliwy nie zareagował. Kazał mi wykonać swe zadanie. Byłem wystraszony i prędko wróciłem do domu, lecz poradziłem sobie z nim, jako opłatę myśliwy nie żądał nic, po prostu poświęcił mój czas na zrealizowanie mojego „zadania". Miły facet, potem już go nigdy nie spotkałem.
[Obrazek: RQRLqRY.jpg]
Teraz wróćmy do tego, co działo się po zabiciu skały, na szczęście nikt nie miał mi nic do zarzucenia, zero świadków i zero dowodów gdyż wiedzieli że jego pupil też nie ma czystej kartoteki. A poza tym nikt i tak by nie uwierzył, mój ojciec miał naprawdę dobrą opinię w mieście więc tym bardziej czułem się bez karny. Był to rok przed moim zrzuceniem do kolonii. Ja i moja już banda postanowiliśmy ograbić jeden dom. Mieliśmy to w zwyczaju, każdy z nas lubił poczuć ten dreszczyk emocji i jak się to skończyło? Nie za dobrze. Dzień napadu, powoli zapada zmrok. Zebraliśmy się w uliczce i obgadywaliśmy jak wejść i wyjść, lecz wyjść z fantami. Każdy z nas wiedział, że w porcie praktycznie nigdy nie ma; strażników więc jeden problem był już z głowy, pozostało tylko włamanie. Nastała godzina, ja wraz z koleżką mieliśmy zając się mieszkańcem, podszedłem do obdartusa i spytałem się gdzie droga do karczmy, ten wyszedł zza progu i pokazał mi palcem, w którą stronę mam iść i spytał, co tutaj robię i o tej godzinie nie jest tu bezpiecznie, powiedziałem, że zabłądziłem i chciałem poprosić o pomoc, gdy ten tylko się odwrócił; mój kolega przywalił mu prosto w nochal, typ padł, a ja złapałem go za ręce i zaciągnąłem go dało jakichś krzaków, które znajdowały się przy drodze, leżał tam i leżał. Gdy wróciłem; wszystko było już po. Szczęśliwi wracaliśmy, gdy natknęliśmy się na patrol, ciekawie skąd on się tu wziął. Proste, jeden z naszych, nagadał; strażnikom tym samym zdradzając naszą bandę, zostaliśmy przeszukani, a strażnicy wszystko zabrali i już mieli nas brać do koszar, gdy jeden z naszych zaczął uciekać, strażnicy popatrzyli na niego, a ja wykorzystałem okazję i zacząłem biec w odwrotną stronę. Trzech strażników nie dało rady gonić naraz pięciu typa. Jeden z nich szybko pobiegł do koszar po posiłki, ja przez ten czas uciekałem przed jednym śmieciem. Miał miecz i swoją ciężką zbroję, przez co miałem przewagę. Typ się zmęczył, a ja dopiero się rozgrzewałem, zaraz po tym, gdy zza rogu wyszedł jakiś wieśniak ciągnący wóz, zabrał mi jakieś półtorej minuty, przez co strażniczek był już za mną, prawie wyrwałem tym tasakiem w plecy, ale na moje szczęście zebrałem się szybko i dalej biegłem. Uciekłbym, gdyby do pościgu nie dołączyło się pół koszar, w końcu wbiegłem w ślepą uliczkę a za mną trzech strażników, dałem radę przeskoczyć przez murek i to planowałem, lecz szybko dostałem w plecy z bełta, śmieć trzymał go cały pościg w kuszy, by na koniec wystrzelić go z powodzeniem. Padłem na ziemię zwijając się z bólu, może przesadzam, ale trafił mnie chyba w jakiś czuły punkt, tak mnie napierdalało, że nie mogłem wytrzymać tego bólu, może to normalne bo miałem na sobie tylko jakieś łachy obywatela, a nigdy nie dostałem z bełtu. Cholera, muszę się spytać kogoś kto już przeżył kilka razy spotkanie z kuszą. W dodatku dostałem jeszcze kopniaka w brzuch od jednego ze strażników, dla pewności, że już nie wstanę, chyba nawet po tym zemdlałem, nie pamiętam. Kilka dni potem, już po wizycie u znachora i zapatrzeniu mojej rany i dania leków kurujących zostałem wtrącony do lochu. Spędziłem tam kolejne dobre kilka dni. W końcu zostaliśmy zebrani, zakuci. Międzyczasie moja rodzina zdążyła; dowiedzieć się co nabroiłem. Ojciec był; zły a matka załamała się, cała ich zdobyta przez ten czas reputacja runęła. Bracia pewnie dalej siedzą na dupie i czekają na spadek albo sami pracują, dorabiając się złociszy. Nie wiem, nie interesuje mnie to. Gdy już miałem wychodzić z miasta wraz z innymi skazańcami przyszedł do mnie ojciec, wybaczył mi i przyznał, że to tylko i wyłącznie jego wina, matka podobno wylądowała u jakiegoś wróżbity czy coś, namieszało jej się w głowie... I tak opuściłem to miasto. Chyba już na zawsze.
[Obrazek: mxLuKZ0.jpg]
W drodze do kolonii mieliśmy kilka wpadek, ale najlepszą była wpadka mojej szajki, po prostu umieram ze śmiechu jak wspominam co oni tam odwalili. Gdy konwój przekraczał bliski las, zza krzaków wyskoczyli bandziory, nie musiałem się nawet zastanawiać, to byli moi ludzie. Uzbrojeni w pałki i jakieś szmaty, szybko dostali po dupsku, chyba nawet kilku z nich zginęło na miejscu a paru udało się uciec, co z resztą? zostali zabrani z nami i wrzuceni razem ze mną do kolonii, Podczas gdy konwój przekroczył górniczą dolinę nie zabrakło niespodzianek. Nasze całe zapasy zniknęły, po drodze gdy inni skazańcy ciągnęli wóz jeden z worków się rozpruł i ryż zaczął się wysypywać, zaś resztę wyrzucili po drodze, zostali zabici. Nawet ich nie wrzucili, po prostu gdy przybyliśmy na miejsce kazali im przeprosić, uklęknąć a ich głowy spadły zaraz potem na twardą ziemię, idioci. Byłem trzeci w kolejce, zza pleców jednego skazanego starałem się wychylić, zobaczyć jak to wygląda, nic nadzwyczajnego. Sędzia gramoli głupoty a strażnicy nie mogą się doczekać kiedy cie zrzucą. Za mną był jakiś grubas i wąsacz, tak go nazwałem. Wiem że ostatni był jakiś czarnuch, heh... Gdy podchodziłem na skazanie jeden ze strażników zrzucił go na chwilę z oka a on zaczął spieprzać. Jak to czarni mają w naturze tak zapierniczał że im uciekł, podobno tamten strażnik został zdegradowany i go też wrzucili do Kolonii. No cóż, jeden czarny a potrafi tak zrujnować życie. Sędzia przeczytał jakiś dokument, na którym były moje dane i rysopis. Wszystko się zgadzało, nie miał po co przedłużać. Dostałem kopniaka w brzuch i spadłem do wody, byłem już w kolonii... Moja rana piekła jak wtedy gdy dostałem z kuszy, nie była niczym zabandażowana, miała prawo.Teraz mam problemy i czasami nie mogę się schylić. A to wszystko przez jeden głupi wybryk. Wygrzebałem się na brzeg i przywitało mnie kilku strażników, święcące zbroje takie jak ci na górze i jakieś pajacerskie hełmy, podnieśli mnie i poklepali po buźce. Zakuli i zabrali z resztą, Po kilkunastu minutach wycieczki w końcu naszym oczom ukazał się zamek, niewielki zamek a wokół niego kilka domków w budowie. Wrzucili nas do zamku i zamknęli bramę. Moim zadaniem było przygotowanie jakichś narzędzi. Pod koniec dnia zasiadłem przy jednym z ognisk, poznałem kilka osobowości. Miałem się wyspać, gdyż jutro miałem zaczynać swoją robotę w kopalni. 
[Obrazek: fwaja36.jpg]
Był to wczesny poranek, niewielkie krople deszczu spadały na moją skórę gdy nagle, usłyszeliśmy wielki huk; zerwałem się i rozglądnąłem po towarzyszach, a nad naszymi głowami pojawiła się niebieska kopuła. Zaraz po tym kilkunastu skazańców zebrało się przed kwaterą główną, nie wiedziałem że zaraz rozpęta się tu piekło. Wszczął, się bunt, grupa kopaczy zaraz złapała za kilofy i zaczęła mordować strażników, dobierali się do tych co spali, do tych, którzy zajęci byli patrzeniem na ,,barierę''... W zamku nie było za dużo straż, gdyż jak wspomniałem był to wczesny poranek a większość z nich była w kopalni, nieliczni nas pilnowali. Lecz oni już dawno gryźli piach. Wszczął się alarm. Przegrupowani rycerze starali się wyplenić wszystkich uczestników buntu. Mieliśmy przewagę liczebną lecz ich sprzęt był o niebo lepszy od naszych kilofów. Naostrzone miecze i kusze. Do tego ciężkie zbroje i hełmy. Normalny kilof raczej za dużo nie zdziałałby w tej sytuacji, nieliczni zabrali broń od martwych strażników. 

Z tyłu stali kusznicy i naparzali do nas nieustannie, a tuż za przednimi ,,piechurzy''. Każdy, który starał; się biec prosto na nich dostawał kilkoma bełtami i padał na ziemię, zdychając w bólu. Kierowała nimi znana persona, paladyn prosto z Myrtany. Nie wiem, jak się zwał, ale był dobry w dowodzeniu, pokazał nam to gdy już przedarliśmy się przez kuszników, gdy ich bełty chybiły; wykorzystaliśmy sytuację i rzuciliśmy się na nich, już mieliśmy zagłębić nasze kilofy w ich czaszkach, gdy wycofali, się a za ich miejsce wszedł oddział rycerzy. Skutecznie odparli nasz atak. Dalej trzymali się w grupie, zarządziliśmy przegrupowanie. Gdy sytuacja ustała ruszyli do przodu, zasadzka była już przygotowana, gdy byli blisko nas, zza rogu wyskoczyli skazańcy, gdy skupili oni na sobie ostrzał, reszta zajęła się rycerzami, w kilku podchodzili do takiego wojaka i nie miał co zrobić. Padali jak muchy, to był ich najgorszy ruch. Zaraz po tym zabiliśmy jeszcze kilku kuszników, a ci prędko wycofali się do tyłu. Byli wyczerpani i w końcu mieliśmy jakieś szanse na bezpośrednią walkę. Bitwa nie potrwała za długo, gdyż ich dowódca padł. Ich morale znacznie osłabły i zaczęli popełniać dużo błędów, nie walczyli już taktycznie, wręcz przeciwnie. Po prostu naparzali mieczem, gdzie popadnie. Gdy w końcu dostałem ostrze; wkroczyłem do walki, zostałem rzucony na głęboką wodę, uzbrojony po zęby paladyn z wielkim mieczem, w powaleniu go pomogło mi kilku innych kopaczy. Wiem, że ostro oberwałem od niego w buźkę. Gdy padłem dwóch naszych wzięło go od pleców, jeden z nich walnął go prosto w czachę, lecz hełm ochronił go przed śmiercią, gdy ten się odwrócił, ja złapałem za miecz i wbiłem mu go prosto w plecy. Tak drużynowo pokonaliśmy ich najcięższą broń, lecz to jeszcze nie koniec, gdy wstałem i rozejrzałem się po polu bitwy; dojrzałem leżącego kopacza. Na którym zaraz miała zostać wykonana egzekucja, szybko podniosłem miecz po przedniejszego przeciwnika i wbiegłem; w rycerza przebijając go na wylot, a zaraz po tym podbiegłem do powalonego i odniosłem go w bezpieczne miejsce. Po walce wróciłem do niego, jeden z naszych już się nim zajął. Zamek był wolny, był nasz. Gomez, gdyż tak zwał się zarządca buntu; okrzyknął się Baronem i panem zamku. Nikt się mu nie sprzeciwiał, gdyby nie on, nie zwyciężylibyśmy. Po kilku dniach dostaliśmy wieści — kopalnia została oswobodzona, tamtejsi skazańcy po prostu wybili wszystko, co stało na ich drodze, a ich cała horda stała przed wejściem do zamku, który nie pomieściłby tylu skazańców... Musieliśmy coś z tym zrobić. Gomez, zażądał rozbudowę, lecz nie zamku a terenu na zewnątrz i tak rozpoczął się okres żmudnej i ciężkiej pracy, czas, który został poświęcony na budowę zewnętrznego pierścienia nie jest do zliczenia. Każdy harował ostro by żyło nam się tu dobrze. Przez ten czas okazało się, że osoba, której uratowałem życie to bliski przyjaciel Gomeza, który potem został strażnikiem. Byłem znany i zrobiło się wokoło mnie wiele historii, lecz to opowieść na inną pogawędkę.

#OOC
W końcu i ja postanowiłem napisać swoją kartę postaci. Co prawda nie jest jakaś wyśmienita, lecz myślę, że się wam spodoba, chociaż w małym stopniu. Sam przyznam, że trochę ją pisałem. Zrobienie odpowiednich screenów i samo wymyślenie poszczególnych wydarzeń jest dość czasochłonne, a ja nie jestem jakimś wybitnym pisarzem. Ostatnio moją KP pisałem jakieś 2,5 roku temu, a akurat tutaj doszła mnie chęć opisania losów mojej granej postaci, jak mogliście; zobaczyć historia nie jest dokończona. Powodem jest wątek naboru w Starym Obozie, jako iż aplikuję na cienia postanowiłem, że jeszcze nie będę; pisał jak już zostałem przyjęty, bo wszystko jest możliwe i mogę po prostu nie przejść. Dalsze losy Higilla dopiszę już po wynikach w Starym Obozie. W sumie to tyle zapraszam do dyskusji no i krytyka mile widziana, jakieś błędy ortograficzne czy interpunkcyjne można wypisać, jeżeli komuś naprawdę zależy by marnować czas na średniaka, ja chętnie poprawię. Cześć !
[Obrazek: PsqYruI.jpg]
Daj repe a nie skąpisz c*u*u
  Odpowiedz
#2
Po co taka mała czcionka? I te spoilery też jakoś nie przyciągają - lepiej wyglądało by bez nich.
  Odpowiedz
#3
Najlepszy element KP to zbroje z Gothic Sequel
  Odpowiedz
#4
Chętnie bym zobaczył zbroję z pierwszego screena, tą skórzaną z futrem pod szyją w naszym addonie. Jeżeli ktoś posiada ten model byłbym wdzięczny za podesłanie na PW bądź Discord Wink
  Odpowiedz
#5
W L'Hiverze masz ten armor.
  Odpowiedz
#6
Kilka zdań i fragmentów jest niezrozumiałych radziłbym Ci przeczytać całość i to poprawić Smile Swoją drogą dostałeś bełtem w plecy (Bełt z kuszy może przebić zbroję ) bez jakiejś szczególnej ochrony i przeżyłeś co już zakrawa o cud a co najlepsze "po kilku minutach" od zadania tej rany siedziałeś już za kratami. Zmieniłbym to.
  Odpowiedz
#7
(10-01-2018 19:24)Derry napisał(a): Kilka zdań i fragmentów jest niezrozumiałych radziłbym Ci przeczytać całość i to poprawić Smile Swoją drogą dostałeś bełtem w plecy (Bełt z kuszy może przebić zbroję ) bez jakiejś szczególnej ochrony i przeżyłeś co już zakrawa o cud a co najlepsze "po kilku minutach" od zadania tej rany siedziałeś już za kratami. Zmieniłbym to.

Zastosowałem się do twoich porad, przebudowałem kilka zdań a niektóre zacząłem od początku. Wyjaśniłem sprawę z raną i niezrozumiałe teksty poprawiłem wraz z interpunkcją, posiedziałem trochę przy tym i myślę że już nie jest tak źle. Przynajmniej jeden krok do przodu

Zmieniłem czcionkę, myślę że teraz jest w porządku
[Obrazek: PsqYruI.jpg]
Daj repe a nie skąpisz c*u*u
  Odpowiedz
#8
Sama karta spoko, ale czcionka jest strasznie nieprzyjemna dla oka i jeśli moja ocena miałaby cokolwiek wnosić, to sugerowałbym jej zmianę.


//edit
po zmianie giciorek
  Odpowiedz
#9
Poza w kółko wypominanym Ci faktem, że ta interpunkcja, i ortografia poniekąd ("naglę" czy "piętrzę"), są masakryczne, przyczepiłbym się do tego końcowego akapitu, bo głównie to przeczytałem spośród całości, zapewne równie bogatej w błędy. Otóż mówisz, że podczas wielkiego buntu już był Obóz, bo sobie polazłeś do jego "dolnego piętra". Nope. Był zamek, jako kwatera straży króla, w której było parunastu skazańców, jak i kopalnia, w której ów więźniów było trzykrotnie więcej. Obóz zaczął być budowany już PO pomalowaniu każdej ściany zamku wnętrznościami straży, więc spróbuj wymyślić inną część tej swojej historii.
  Odpowiedz
#10
Edit, zacząłem historię w kolonii od nowa
[Obrazek: PsqYruI.jpg]
Daj repe a nie skąpisz c*u*u
  Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości